czwartek, 27 grudnia 2018

Cześć!


Mam dla Was szybki przepis na bezglutenowe, wegańskie naleśniki ze szpinakiem! Mają piękny kolor, będą fajną alternatywą dla zwykłych naleśników! Są smaczne, zwłaszcza, jeśli dobierze się dodatki, które są tymi ulubionymi.

Do przygotowania naleśników potrzebujesz:

  • 1 szklanka mleka roślinnego (u mnie ryżowe i migdałowe, pół na pół)
  • pół szklanki wody
  • 75 gramów szpinaku świeżego
  • pół szklanki mąki gryczanej
  • pół szklanki mąki kukurydzianej
  • 1/4 szklanki skrobi ziemniaczanej
  • olej do smażenia
  • szczypta soli



Umyty szpinak wsadzamy do pojemnika, w którym będziemy go blendować. Dlaczego właśnie szpinak? O jego właściwościach pisałam już tutaj. Warto wrócić do tego wpisu i włączyć do swojej codziennej diety szpinak!


Liście szpinaku blenduję z mlekiem roślinnym na gładką masę. Zobaczcie, jaki piękny kolor!


Mąki przesiewam do innego naczynia, dokładnie je mieszam.
Mąki są pozbawione glutenu, trzeba brać to pod uwagę przy zawijaniu naleśniczków - istnieje ryzyko, że nie będą tak elastyczne i mogą się porwać przy zawijaniu.


Wszystkie składniki łączymy, dokładnie mieszamy i odstawiamy na 15 minut, aby ciasto odpoczęło.


Rozgrzewamy patelnię, dodajemy olej (u mnie ryżowy), porcjami wlewamy ciasto na patelnię i smażymy do zarumienienia z obu stron.


Naleśniki szpinakowe to dobry pomysł na przemycenie szpinaku w daniu dla osób, które nie lubią jego smaku (ja osobiście twierdzę, że nie ma on jakiegoś określonego smaku, zupełnie mi on nie przeszkadza).

Naleśniki są szybkie w przygotowaniu (oprócz czasu oczekiwania tych 15 minut) i nie pozostawiają po sobie całej kuchni do sprzątania :)

My zjedliśmy je z dodatkiem pasty kanapkowej (selerowo-marchewkowa), wędzonego łososia, podsmażonych kiełków i ogóreczków konserwowych. Było pysznie i zdrowo - mniam!

niedziela, 23 grudnia 2018

Cześć!

Mam dla Was kolejny przepis na ciasteczka, które idealnie sprawdzą się w diecie alergika! Ciasteczka wyszły przepyszne, szczerze przyznaję się, że po wyciągnięciu ich z piekarnika nie zrobiły na mnie większego wrażenia, ale już po pierwszym kęsie wiedziałam, że to jest to! 


Ich przygotowanie jest naprawdę szybkie i nie wymaga od nas później sprzątania kuchni przez wiele godzin. Takie ciacha na spokojnie można zrobić sobie wieczorkiem i na następny dzień mieć super przekąskę do pracy czy szkoły. 

Do przygotowania takich ciastek potrzebujesz:

  • około 25 g gorzkiej czekolady, u mnie powyżej 80% (od razu można ją posiekać na małe kawałki)
  • około 10 łyżek mleka roślinnego (ulubionego, u mnie ryżowe)
  • szczypta soli
  • 40 g mąki kokosowej
  • 60 g mąki ryżowej
  • 25 g kakao (naturalnego)
  • około 4 łyżek słodzidła (u mnie erytrytol)
  • 2 czubate łyżki roztopionego i przestudzonego oleju kokosowego
  • 1 łyżeczka przyprawy do piernika
Co takiego ma w sobie mąka kokosowa, że podjęłam się upiec z nią te ciasteczka?

Jest naturalnie bezglutenowa, hipoalergiczna - idealna przy osobach z dolegliwościami związanymi z alergiami pokarmowymi. Jest niezwykle bogata w białko i błonnik, stanie się więc wspaniałym uzupełnieniem diety. 


W pierwszej części naszego przepisu do miski przesiewamy mąki, dodajemy sól, słodzik, kakao oraz przyprawę do piernika. Rozgrzać piekarnik do 170° C, grzanie góra dół, bez termoobiegu. 


Do suchych składników dodajemy olej kokosowy oraz mleko roślinne. Mieszamy do połączenia się składników.


Do tak powstałej masy dodajemy posiekaną wcześniej gorzką czekoladę, ponownie mieszamy.


Na papierze do pieczenia układamy ciasteczka, możemy je lekko spłaszczyć. Wsadzamy do rozgrzanego piekarnika na około 15 minut.


Po tym czasie wyciągamy, układamy na kratce i zostawiamy do przestudzenia. Ciasteczka są chrupiące z zewnątrz i naprawdę mięciutkie w środku. To nie jest coś, czego spodziewałabym się po ciastkach bez glutenu, bez jajek i bez mleka. 

Mam nadzieję, że i Wam ten przepis przypadnie do gustu! Dodatek przyprawy do piernika sprawia, że całość jest naprawdę smaczna i pachnie nadchodzącymi Świętami! 

piątek, 21 grudnia 2018

Cześć!

Jak wiecie, eksperymentuję ostatnio z pastami kanapkowymi i idzie mi coraz lepiej i smaczniej. Dziś przedstawię Wam przepis na kolejną pastę kanapkową z użyciem prażonego słonecznika, o którego właściwościach już Wam opowiadałam.


Do przygotowania pasty słonecznikowo-oliwkowej potrzebujesz:


  • 100 g zielonych oliwek (bez pestek) – ja wybrałam zwykłe oliwki, ale możesz dodać również te z pastą paprykową, 
  • pół szklanki pestek słonecznika,
  • 1 łyżka posiekanych ziół (tymianek, bazylia, tymianek, szczypiorek),
  • 1 łyżka oliwy z oliwek,
  • pieprz,
  • prażone pestki słonecznika (mogą to być również pestki dyni lub prażony sezam),


Zalej pestki słonecznika gorącą wodą i odstaw na minimum 30 minut, aby zmiękły. Odcedź oliwki z zalewy oraz namoczony słonecznik.


Przełóż oliwki oraz słonecznik do naczynia do blendowania i blenduj na jednolitą pastę (ja lubię, jak pasta jest chrupiąca, dlatego nie przesadzałam z rozdrabnianiem składników). Jeśli chcesz uzyskać bardziej kremową konsystencję, dodaj do pasty łyżkę wody.


Dodaj posiekane zioła, oliwę oraz pieprz i miksuj. Podawaj ze świeżym pieczywem, posypując prażonymi pestkami słonecznika. Przepis na prażony słonecznik możecie znaleźć w poprzednim wpisie.




Pasta ma wyrazisty, ale delikatny smak. Nie wymaga ani odrobiny soli, ponieważ oliwki są dość słone.

Już dawno szukałam przepisu na pastę z oliwek. Próbowałam takiej pasty kupowanej w sklepie, ale nie umywa się od tej, zrobionej własnoręcznie. Smak pasty zależy od rodzaju oliwek, jakie wybierzecie. Następnym razem spróbuję tego przepisu dodając do niego oliwki z migdałami.

A Wy, próbowaliście już pasty oliwkowej? A może macie w swoim przepiśniku całkowicie inny przepis, który warto wypróbować? Czekam na Wasze wiadomości!

Smacznego!

wtorek, 18 grudnia 2018

Pestki słonecznika to źródło nie tylko witaminy E oraz witamin z grupy B, ale również potasu, wapnia, fosforu, żelaza, magnezu czy niacyny. Pestki słonecznika zapewniają uczucie sytości oraz regulują przemianę materii – o ile nie są pokryte warstwą soli.


Słonecznik – bogactwo w łupince 


Łuskane pestki słonecznika mają wiele właściwości odżywczych, minerałów oraz witamin. Słonecznik jest istną skarbnicą witaminy E (35.17 mg/100g) uznawanej za witaminę płodności i młodości. Dlaczego? Witamina E opróżnia proces starzenia się skóry, jest odpowiedzialna za wytwarzanie nasienia u mężczyzn oraz jest współodpowiedzialna za prawidłowy rozwój oraz utrzymanie płodu u kobiet w ciąży. Pestki słonecznika są również bogate w fitosterole (322 mg/100 g), które obniżają poziom cholesterolu we krwi, a także chronią przed rakiem oraz chorobami serca. Słonecznik jest także bogaty w wielonienasycone kwasy tłuszczowe (23,137 g/100g), które wspomagają pracę mózgu, koncentrację oraz zdolność kojarzenia.

Pestki słonecznika to także źródło magnezu, który odgrywa znaczną rolę w prawidłowym funkcjonowaniu układu sercowo-naczyniowego oraz odpowiada za krzepnięcie krwi. Wystarczy garść słonecznika, aby pokryć 10% dziennego zapotrzebowana na ten składnik.

Prażony, suszony, łuskany – jaki słonecznik wybierać?


Najbardziej wartościowy jest słonecznik z łuskami, ponieważ obrane nasiona narażone są na utratę niektórych witamin czy utlenianie zawartych w nich kwasów tłuszczowych. Kupowany w sklepach słonecznik prażony może posiadać takie dodatki jak sól, która negatywnie wpływa na nasz organizm. Lepiej wybrać słonecznik w jego naturalnej formie lub uprażyć go samemu. Jak to zrobić?

Prażony słonecznik – jak przygotować? 



Prażony słonecznik to doskonały dodatek do surówek, sałatek, makaronów a nawet deserów. Proces prażenia znacznie wzbogaca smak słonecznika, a samo przygotowanie jest bardzo proste.

Wsyp łuskany słonecznik na czystą i suchą patelnię tak, aby ziarno pokryło ją cienką warstwą. Patelnię postaw na gazie. Kiedy ziarno słonecznika zacznie nabierać koloru oraz intensywnie pachnieć, mieszaj je drewnianą łyżką lub potrząsaj patelnią (jeśli ktoś umie zrobić to tak, aby nie rozsypać słonecznika po całej kuchni). Musisz uważać, aby słonecznik nabrał koloru ze wszystkich stron, ale się nie spalił.

Tak uprażony słonecznik jest gotowy do podania na przygotowane danie. Jakie? Przykładowy przepis na wykorzystanie prażonego słonecznika zobaczycie już w następnym wpisie.

Smacznego!

niedziela, 16 grudnia 2018

Cześć!

Przyznaję się bez bicia, że nie po drodze było mi z korzeniem selera. Zazwyczaj kojarzył mi się z niepotrzebnym warzywem w rosole, z czymś, czego nie da się po prostu polubić. Nawet nie wiecie, jak bardzo się myliłam.

Fakt, musiało minąć kilka dobrych lat, abym zdecydowała się na skosztowanie selera. Ale właśnie nie ugotowanego, ale upieczonego. Dzięki takiemu przygotowaniu seler ma naprawdę inny smak, jest aromatyczny, słodki, ale dobrze przyprawiony zmienia się w coś wytrawnego. 

Seler działa moczopędnie, uspokajająco, przeciwzapalnie, usuwa szkodliwe produkty przemiany materii, pobudza apetyt, co jest szczególnie ważne przy niejadkach, obniża ciśnienie. 

Ciekawi mojego przepisu na pastę kanapkową z selera?

Do jej wykonania potrzebujecie:

  • średni korzeń selera
  • 2-3 ząbki czosnku
  • 3 łyżki oliwy
  • sól
  • pieprz
  • łyżka czarnuszki



W pierwszym kroku rozgrzewam piekarnik do około 170 ℃, grzanie góra-dół.

Korzeń selera myję i obieram ze skórki. Całość kroję na mniejsze plastry, aby szybciej się upiekło. Na blachę układam folię do pieczenia, nakładam seler, nakładam obrane i przekrojone na pół ząbki czosnku, całość skrapiam oliwą. Wsadzam do rozgrzanego piekarnika na około 30 minut. Seler powinien być naprawdę miękki. Wyciągam i zostawiam do wystygnięcia.


Do pojemnika, w którym będę blendować wrzucam wszystko, co było pieczone w piekarniku. Dodaję sól i pieprz do smaku oraz oliwę (około jednej łyżki). 


Całość blenduję na gładką masę, do uzyskania pożądanej konsystencji. Po zblendowaniu dodaję czarnuszkę i resztę mieszam ręcznie. 


Gotową pastę przekładam do wyparzonych słoiczków i przechowuję w lodówce. Pasta kanapkowa z selera jest naprawdę aromatyczna, lekko pikantna dzięki zastosowaniu pieprzu i naprawdę wyjątkowa poprzez wyczuwalną nutę czosnku.

Dlaczego właśnie seler? Wybrałam warzywo, z którym jeszcze nie miałam okazji współpracować. Miałam ochotę poznać nowy smak i przekonać się do czegoś, z czym długo walczyłam. Seler posiada bardzo dużo witamin - przede wszystkim witaminy C, fosforu, witaminę B3.

To jak? Może i Wy przekonacie się do korzenia selera?

środa, 12 grudnia 2018

Cześć!
Sprawa z pieczeniem pierników ma się tak, że trzeba je upiec wcześniej - aby po odpowiednim czasie zrobiły się miękkie i nabrały pożądanego aromatu. W przypadku tych pierniczków sprawa jest jasna - możesz je upiec nawet w Wigilię, a gwarantuję, że będą miękkie, aromatyczne i pełne świątecznego smaku. 

Pierniczki są wegańskie, co znaczy, że w przepisie nie ma masła, jaj, mleka. Są też lekko "odchudzone" ponieważ nie ma tam ani grama rafinowanego cukru, mamy za to daktyle, które nadają pierniczkom nie tylko słodyczy, ale i karmelowego posmaku. 


Nie chciałam iść na łatwiznę i postanowiłam w tym roku przygotować samodzielnie przyprawę do piernika. W tym celu potrzebowałam:
  • 2 łyżeczki imbiru w proszku
  • 1,5 łyżeczki goździków (jeszcze przed zmiażdżeniem)
  • 4-5 łyżeczek cynamonu w proszku
  • 1 gwiazdka anyżu
  • 1 łyżeczka pieprzu kolorowego (przed zmiażdżeniem)
  • 6 kulek ziela angielskiego
  • 1 łyżeczka kardamonu w proszku
  • pół łyżeczki gałki muszkatołowej w proszku
  • 1 niepełna łyżeczka kolendry w ziarnach
Sypkie, gotowe składniki mieszam w słoiczku. Następnie do moździerza wrzucam goździki - ucieram na proszek i wsypuję do słoiczka. Później ucieram anyż, osobno pieprz oraz ziele angielskie i kolendrę. Wszystko łączę w małym słoiczku i przyprawa do piernika gotowa! Można ją z powodzeniem przechowywać w takiej formie przez długi czas, ale gwarantuję Wam, że zniknie szybciej, niż się pojawiła. To idealny dodatek do wypieków, deserów, owsianek i naleśników!


Wracając do pierniczków, bo przecież o nich mowa przepis jest banalny i jeśli macie wszystkie składniki to pójdzie Wam naprawdę sprawnie.

Do przygotowania pierniczków potrzebujecie:
  • 150 gramów suszonych daktyli bez pestek
  • 2 łyżki kakao
  • 2 łyżeczki przyprawy do piernika (tak, właśnie tej, na którą przepis znajdziecie wyżej!)
  • pół łyżeczki sody oczyszczonej
  • 150 gramów mąki owsianej bezglutenowej
  • 50 ml soku z pomarańczy
  • 50 ml wody
  • 1 łyżka skórki otartej z pomarańczy

Daktyle zalewamy wrzątkiem i czekamy jakieś 10 minut, aż zmiękną. Ich głównym zadaniem jest tutaj zlepienie całości, nadanie lekko brązowego kolorku i karmelowego posmaku.


Mąka owsiana użyta w tym przepisie jest bogata w błonnik pokarmowy, ułatwia trawienie, posiada sporo wapnia, witaminy E - wszystkiego, czego potrzebujemy. Jej zastosowanie jest naprawdę szerokie, a dodanie jej w tym przepisie jest strzałem w dziesiątkę. 


Skórka pomarańczowa ma tutaj jedno zadanie - nadać cytrusowego, świątecznego aromatu wypiekanym pierniczkom. Pomarańczę dokładnie myjemy, po czym na małych oczkach tarki ścieramy skórkę.


W osobnej misce łączymy wszystkie sypkie składniki: mąkę, sodę, przyprawę do piernika, kakao. Dokładnie mieszamy. W międzyczasie rozgrzewamy piekarnik do 180℃ grzanie góra-dół. Na blachę układamy papier do pieczenia.


Do pojemnika, w którym będziemy blendować (polecam węższy i wyższy pojemnik) wrzucamy odsączone z wody daktyle. Dolewamy 50 ml soku pomarańczowego, dolewamy 50 ml wody, która została nam po moczeniu daktyli oraz skórkę pomarańczową. Całość blendujemy do uzyskania gładkiej masy. 

Do suchych składników dodajemy mokre i całość mieszamy ręką, ugniatając, by składniki się ładnie połączyły. 

Odrywamy części ciasta, rozgniatamy na blacie kuchennym do pożądanej grubości. U mnie było to około 1-1,5 cm. Następnie wykrawamy kształty foremkami, które mamy pod ręką. 

Wykrojone pierniczki przekładamy na papier do pieczenia i wsadzamy do rozgrzanego piekarnika na około 10-15 minut, pilnując, by pierniczki się nie przypaliły. 


Nie jest to przepis czasochłonny, wymaga jedynie minimalnego wysiłku przy zblendowaniu i robieniu porządków po zakończonym pieczeniu :) Po upieczeniu pierniczki przekładam na kratkę, by wystygły - nie zrobią się wilgotne. 

Pierniczki można przechowywać aż do Świąt, ale jestem pewna, że aż tyle nie wytrzymają bez skonsumowania ich :) 

A Wy? Piekliście już swoje pierwsze pierniczki?

piątek, 7 grudnia 2018


Cześć!

Już wspominałam Wam wcześniej, że polubiłam pasty kanapkowe, więc tym razem przedstawię Wam przepis na klasyczną pastę jajeczną. Przepis jest bardzo prosty i szybki, a pasta naprawdę pyszna. Jest to jeden z przepisów o minimalnej ilości składników.


Do przygotowania pasty potrzebujesz:
  • 4 jajka ugotowane na twardo,
  • 1-2 łyżki majonezu (najlepiej, aby był to majonez domowy),
  • szczypiorek (można użyć również rzeżuchy),
  • sól i pieprz do smaku.

Ugotowane na twardo jajka kroimy w małą kosteczkę (ja nie lubię dużych kawałków jajka w paście, dlatego kroję je bardzo drobno), doprawiamy solą i pieprzem oraz dodajemy majonez. Na koniec dodajemy posiekany szczypiorek lub rzeżuchę, mieszamy i smakujemy! Najlepiej smakuje ze świeżą bułeczką lub chrupiącą bagietką.


Jak widzicie pasta jest banalnie prosta i szybka. Równie pysznie smakuje bez szczypiorku i nieraz zdarza mi się robić ją także w uboższej wersji.

Do pasty jajecznej można również dodać innych składników, np. cebulki, serka topionego lub suszonych pomidorów. Ja planuje jeden z takich eksperymentów i niedługo się z Wami nim podzielę.


Mam nadzieję, że pamiętacie mój szybki przepis na wegańską pastę z białej fasoli. Jak już Wam wspomniałam, warto poeksperymentować ze smakami, bo nieraz nowy składnik może całkowicie odmienić smak znanego dania.

A Wy, jakie pasty kanapkowe lubicie najbardziej?

wtorek, 4 grudnia 2018

Cześć!

Dzisiaj na blogu mam dla Was wpis nie tylko o babeczkach, ale i o foremkach/papilotkach/kubeczkach do pieczenia muffinek. 

To, na co się zdecydujecie w dużej mierze zależy od Waszej wygody, upodobań oraz okazji, z jakiej pieczecie słodkości. Wiadomo, że na domówkę w gości nie zabierzecie ze sobą silikonowych foremek, natomiast w domowym zaciszu sprawdzą się one idealnie!

Przepis jest prosty i szybki w wykonaniu, mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu! 


Do przygotowania tych babeczek potrzebujesz:

  • 3 łyżki ciemnego kakao
  • pół łyżeczki sody
  • pół łyżeczki proszku do pieczenia
  • pół szklanki wybranego słodzika (u mnie ksylitol)
  • 1/3 szklanki wiórków kokosowych
  • 1 szklanka mąki ryżowej
  • 2/3 szklanki mąki jaglanej
  • szczypta soli
  • 4 łyżki oleju np. rzepakowego, kokosowego (rozpuszczonego)
  • 1 szklanka mleka roślinnego (u mnie owsiane) + 1 łyżka soku z cytryny lub limonki (to mieszamy razem i pozostawiamy na jakieś 10 minut)
  • 2 łyżki nasion chia/siemienia lnianego/babki płesznik + do tego około 6-7 łyżek wody (to mieszamy razem i zostawiamy na jakieś 10 minut)

Wszystkie suche składniki umieszczamy w jednej misce i mieszamy ze sobą do połączenia się składników. W międzyczasie rozgrzewamy piekarnik do 170° C, grzanie góra-dół. 


Wszystkie mokre składniki mieszamy razem, do dokładnego połączenia składników. 


Przejdźmy do tego, o czym chciałam Wam napisać przy okazji tego wpisu - papilotki. W tym przypadku zdecydowałam się użyć papilotek zarówno silikonowych jak i tych papierowych. 

Jeśli chodzi o papilotki silikonowe to wiadomo - ciasto od nich odejdzie zawsze, łatwo się z nich wyciąga babeczki i nie ma problemu z ich jedzeniem, a upieczone babeczki, wyciągnięte z foremek można ułożyć na paterze i udekorować nimi stół.

Papilotki do muffinek wykonane z papieru na początku mojej przygody z wypiekami strasznie mnie irytowały, ale:
  • nie wiedziałam przy jakiej konsystencji ciasta ich używać,
  • często wybierałam te najtańsze wersje.

Obecnie można przebierać w kolorach, wzorach i kształtach papierowych papilotek. W wielu sklepach stacjonarnych, jak i internetowych można znaleźć papilotki na Święta (Bożego Narodzenia i Wielkanocne), Halloween, na Baby Shower, z okazji urodzin i wiele innych. Myślę, że to ciekawa opcja, zwłaszcza, jeśli babeczki mają być częścią uroczystości/imprezy/prezentu. 

Ja swoje papilotki do muffinek (te papierowe) zamówiłam tutaj https://dlasmaku.com.pl/14-papilotki-wilton jestem zadowolona z ich jakości. Ciasto babeczek z powodzeniem od nich odchodzi, no i mam pewność, że papilotki są bezpieczne. W opisie widnieje informacja, że papilotki są zadrukowane nietoksyczną farbą - za to ogromny plus!


Do suchych składników dodajemy mokre, wszystko dokładnie mieszamy, do połączenia się składników. Papilotki umieszczamy w formie do muffinek. Całość wsadzamy do rozgrzanego piekarnika na około 30 minut. 


Babeczki po upieczeniu wyglądały tak. Wyciągnęłam je na kratkę do ostudzenia. W kolejnym etapie przygotowałam polewę:
  • 10 g oleju kokosowego
  • 50 g gorzkiej czekolady (u mnie 90%)
  • szczypta soli
  • 3 łyżki mleka roślinnego (u mnie owsiane)
Wszystkie składniki na polewę mieszam w kąpieli wodnej do dokładnego połączenia składników. Polewam nią upieczone i wystudzone babeczki. Całość wsadzam na noc do lodówki, aby polewa stężała. 


Tutaj widać, jak prezentują się po udekorowaniu polewą, która jest jeszcze ciepła. Mam nadzieję, że przepis przypadnie Wam do gustu, a Wy sami niejednokrotnie z niego skorzystacie! Czekoladowe szaleństwo czas zacząć! 

sobota, 1 grudnia 2018

Cześć!

Dynia wciąż u mnie króluje - nadal można ją dostać w naprawdę dobrej cenie, więc aż szkoda nie skorzystać :) Dzisiaj w roli głównej ciasto z puree z dyni! Ciekawe czy ktoś z Was oprze się temu wspaniałemu smakowi i aromatowi, jaki towarzyszy pieczeniu tego ciasta! 


Do przygotowania tego ciasta potrzebujecie:

  • 1 szklankę mąki jaglanej
  • 1 szklankę mąki gryczanej 
  • pół szklanki ksylitolu
  • 1 łyżeczkę cynamonu
  • 1 i 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1 łyżeczka bezglutenowego proszku do pieczenia
  • 1 szklanka mleka roślinnego (wybierajcie to, co najbardziej lubicie, u mnie było to mleko owsiane)
  • 4 łyżki oliwy z oliwek (tej, która może być poddawana działaniu wysokich temperatur)
  • 1 łyżka soku z cytryny lub limonki
  • 1 szklanka puree z dyni

Do miski dodajemy suche składniki: mąki, sodę, proszek do pieczenia, cynamon, ksylitol. Całość mieszamy, aby wszystko równomiernie się rozprowadziło. 


W drugiej misce mieszamy puree z dyni, oliwę z oliwek, sok z cytryny, mleko roślinne. Łączymy wszystkie składniki. W międzyczasie rozgrzewamy piekarnik do 170° C.


Do suchych składników dodajemy składniki mokre i dokładnie mieszamy do uzyskania gładkiej konsystencji, bez grudek - całość powinna być dość gęsta, ale nie na tyle gęsta, by łyżka w niej stała :) Masę przelewamy do foremki wyłożonej papierem - łatwiej będzie później wyciągnąć ciasto.


Ciasto pieczemy około 40 minut. Po tym czasie powinno być dobre. Ciasto studzimy na kratce.


Gotowe ciasto z powodzeniem można udekorować domową polewą czekoladową, syropem klonowym, uprażonymi orzechami i czym jeszcze chcecie! Korzystajcie z dobrodziejstw natury - dynia jest świetnym dodatkiem w wypiekach :)