sobota, 13 października 2018

Cześć!

Na blogu pojawia się już drugi wpis dotyczący lodów. Wiem, że sezon jesienny nie sprzyja spożywaniu zimnych deserów, ale oto są! Mega czekoladowe, rozpuszczające się w ustach, gładkie i przepyszne - lody wegańskie.

Jeden wpis na lody (w letnim klimacie) już pojawił się na blogu - tutaj.

Postanowiłam nie iść na łatwiznę i nie przygotowywać lodów z gotowych mieszanek. Miałam ochotę na coś zdrowego i wykwintnego, bez użycia nabiału i jaj. Ta wersja lodów rozpieszcza podniebienie i sprawia, że na jednej porcji się nie kończy :)


Do przygotowania lodów potrzebujecie:

  • około 300 gramów batata
  • szczyptę soli
  • 2 tabliczki gorzkiej czekolady - 200 g (minimum 70%, ja wykorzystałam gorzką czekoladę 90%)
  • 1 puszka (400 ml) mleczka kokosowego
  • ewentualnie: ulubione orzechy, chili, cynamon, masło orzechowe
Opcjonalnie, dla większych łasuchów - możecie dodać jeszcze łyżkę dowolnego słodzidła - ksylitol, erytrytol, cukier trzcinowy, ale pamiętajcie, że wtedy będzie to wersja mniej fit :)


Piekarnik rozgrzewamy do 180° C, grzanie góra-dół. Na papier do pieczenia wykładamy przeciętego na pół lub mniejsze kawałki batata. Pieczemy do miękkości - większe kawałki co najmniej pół godziny.

Wskazówka: batata najlepiej upiec przy okazji pieczenia czegoś innego, ja piekłam go razem z marchewkami do pasty na kanapki - w poprzednim poście

Po upieczeniu batata obieramy z niego skórkę.


Batata wrzucamy do garnuszka/rondelka, czekoladę łamiemy na mniejsze kawałki, dodajemy mleko kokosowe. 


Wszystko podgrzewamy i cały czas mieszamy do rozpuszczenia się czekolady oraz części stałej mleczka kokosowego.


Po rozpuszczeniu się czekolady i mleczka kokosowego do ręki bierzemy blender i całość dokładnie blendujemy na gładką masę.


Powstałą masę przelewamy do pojemnika (u mnie plastikowy pojemnik z pokrywką). Na górę dodajemy ulubione orzechy/masło orzechowe/chili/cynamon. W zależności od tego, na jaki smak macie ochotę. U mnie pojawiły się pistacje oraz migdały, które lekko posiekałam. 

Masę odkładamy do wystygnięcia na około 30 minut. 

Po 30 minutach całość przykrywamy i wsadzamy do zamrażarki. Co 30 minut przez 2 godziny całość trzeba naprawdę dokładnie wymieszać. 


Lody są bardzo kremowe, baaaaaaardzo czekoladowe i nie sposób się od nich oderwać!

Kilka uwag na koniec:
  • lody po całkowitym zamarznięciu będą jak bryła lodu - wszystko dlatego, że nie zostały robione przez maszynkę do lodów, a nie dlatego, że się nie udały :)
  • przed zamiarem zjedzenia lodów na deser, należy wyciągnąć je z zamrażarki na jakieś 20-30 minut, wtedy nie będzie problemu z ich nakładaniem,
  • nie, nie czuć w nich smaku batata.
Powodzenia! Takie lody znacznie poprawiają nastrój i sprawiają, że pasja do gotowania i przygotowywania lodów szybuje w górę :)

środa, 10 października 2018

Cześć!

Przerwiemy passę słodkich wpisów na blogu czymś, co udało mi się przyrządzić z nadmiaru marchewki. Nie zawsze wiem, jak wykorzystać nadprogramowe warzywa, ale zawsze staram się o to, by w kuchni nic się nie zmarnowało.

Marchew posiada wiele wartości odżywczych, ale jest uznawana za zbyt powszechne warzywo i nie tak często przyrządza się z niej różne rozmaitości. W dzisiejszym wpisie mam dla Was fantastyczną, słodko-ostrą pastę na kanapki, która od razu skradła moje serce!


Urozmaicenie diety w warzywa wpłynie korzystnie nie tylko na nasze zdrowie, ale i ogólne samopoczucie, kondycję włosów, paznokci i nawet może pozytywnie wpłynąć na nasze myślenie!

Marchewka:
  • bogata jest w beta-karoten, który korzystanie wpływa na wzrok, więc jeśli wiele czasu spędzasz przed komputerem - marchewka powinna być Twoim towarzyszem (z beta-karotenu nasz organizm wytwarza witaminę A),
  • bogata jest w błonnik - zapobiega zaparciom, reguluje pracę przewodu pokarmowego,
  • bogata jest w fosfor, potas, miedź, żelazo, wapń, cynk, magnez - pomoże uchronić organizm przed anemią i niedoborami ważnych dla zdrowia pierwiastków,
  • jest niskokaloryczna - stanowi idealną podstawę przekąsek.

Do przygotowania pasty na kanapki potrzebujesz:
  • 5 marchewek
  • 5 łyżek oliwy
  • otarta skórka z 1/4 cytryny
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 1 łyżka czarnuszki
  • 1 łyżka sezamu (czarnego lub białego)
  • cynamon (szczypta)
  • kardamon (szczypta)
  • kumin (kmin rzymski) - szczypta
  • sól (do smaku)
  • pieprz (do smaku)
  • ulubiona ostra przyprawa/papryczka (do smaku, każdy ma inny poziom ostrości)
 Piekarnik rozgrzewamy do 180° C, marchewki myjemy, obieramy ze skórki, na pędzelek nabieramy oliwy i smarujemy delikatnie nią marchewki. Całość wsadzamy do piekarnika na około 45 minut. 


Tutaj mała uwaga ode mnie, bo zauważyłam, że marchewki bardzo powoli się piekły. O wiele lepiej będzie przekroić je wzdłuż i wtedy wsadzić do piekarnika, szybciej się zrobią. Jeśli gdziekolwiek były mocniej przypieczone - nie ma się czym przejmować, nada to jeszcze więcej smaku i aromatu paście. 


Upieczone marchewki kroimy na mniejsze kawałki i przekładamy do naczynia, w którym będą blendowane. Dodajemy oliwę z oliwek, wszystkie przyprawy (oprócz sezamu i czarnuszki) - całość blendujemy na gładką masę.


Do masy dodajemy czarnuszkę oraz sezam, wszystko mieszamy łyżką do połączenia składników. 


Pastę przekładam do słoiczków, u mnie wyszły dwa mniejsze - lepiej jest dla mnie otworzyć jeden mniejszy i zjeść go w całości, niż robić większy słoik, który będzie stał w lodówce przez długi czas. 


Chociaż z drugiej strony przyznaję się Wam, że taka pasta w lodówce długo nie postoi - jest po prostu pyszna. Marchewka nadaje całości słodkości, przyprawy pikantności i wyrazistości, a oliwa lepkości i spójności. Dosłowne niebo w gębie. 

Pasta może być idealna jako smarowidło do kanapek, ale także świetnie sprawdzi się jako dip do warzyw czy nawet podstawa sosu do ryżu/kaszy. 

Sezon na marchewkę należy w pełni wykorzystać, także zabierajcie się za gotowanie i pieczenie! Powodzenia! 

poniedziałek, 24 września 2018

Cześć!
Jako, że przyszła jesień, w moim domu nie może zabraknąć dyni. Uwielbiam jej aromat, smak, kolor i konsystencję.
Do czego można ją wykorzystać? Do niemal wszystkiego, jestem zwolenniczką eksperymentowania w kuchni i zawsze stawiam na maksymalne wykorzystanie właściwości danego produktu. 

Obecnie dynie są w naprawdę niskich cenach, więc myślę, że warto to wykorzystać! Z dyni możesz zrobić nie tylko ciasteczka, które grają główną rolę w dzisiejszym przepisie, ale także placki, racuszki, ciasto, zupę krem, pastę na kanapki, muffinki, naleśniki na słono i słodko a nawet frytki! Możliwości jest wiele! 


Te ciasteczka przywołują mi na myśl okres przedświąteczny, święta, czas spędzony na słodkim leniuchowaniu, spotkań z rodziną i wszystkim tym, na co czekam z utęsknieniem. 

Do przygotowania ciasteczek potrzebujesz:

  • 2 szklanki mąki ryżowej
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • pół łyżeczki imbiru
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • półtorej szklanki płatków (u mnie płatki żytnie i orkiszowe) - jeśli chcesz wersję bezglutenową, wybierz płatki owsiane bez glutenu
  • 3/4 szklanki roztopionego oleju kokosowego
  • pół szklanki cukru trzcinowego lub innego słodzidła (ksylitol, erytrytol)
  • 1 szklanka puree dyniowego
  • dwie garście posiekanych ulubionych orzechów (można wymieszać kilka rodzajów)
  • jeśli lubisz, możesz dodać rodzynki, żurawinę, śliwki suszone

Zabieramy się za przygotowanie puree z dyni. Rozgrzej piekarnik do 180° C, grzanie góra-dół, bez termoobiegu. Dynię umyj, obierz ze skórki, wydrąż pestki. Pokrój na mniejsze kawałki, dzięki czemu szybciej się zrobią. Wstaw do piekarnika na około 30 minut.


Upieczona dynia powinna być miękka, taka, aby bardzo łatwo było ją zblendować na gładką masę. 


Dynię przełóż do naczynia, w którym będziesz ją blendować. Miksuj do uzyskania gładkiej konsystencji.


Rozgrzej piekarnik do 170° C. Do miski wsyp wszystkie suche składniki: mąkę ryżową, sodę, cynamon, imbir, sól. Całość wymieszaj. Dodaj płatki (żytnie, orkiszowe lub owsiane) i całość ponownie dokładnie wymieszaj. 


Przyprawy, płatki i mąka powinny być naprawdę dobrze wymieszane, ułatwi to późniejsze wyrabianie masy na ciasteczka. 


W mniejszej miseczce mieszamy roztopiony olej kokosowy, puree z dyni oraz cukier trzcinowy lub słodzidło. Całość dokładnie mieszamy do uzyskania gładkiej konsystencji. Olej kokosowy musi połączyć się z puree i słodzidłem, czy też cukrem. 


Mokre składniki łączymy z suchymi, całość mieszamy łyżką, ale ja zdecydowanie bardziej wolę mieszać ręką. Mam wtedy całkowitą kontrolę nad połączeniem się składników. 


Wymieszane składniki powinny wyglądać tak, jak na zdjęciu powyżej. Ciasto po ściśnięciu w dłoni powinno zachować swoją formę. 


Blachę wykładamy papierem do pieczenia, porcje ciasta nabieramy łyżką, formujemy kulkę, układamy na papierze i lekko zgniatamy od góry. Wsadzamy do piekarnika na około 20 minut. 


Gdy pierwsza partia ciasteczek będzie gotowa, wykładamy je na kratkę do pieczenia by odparowały i stały się kruche. Do piekarnika wsadzamy kolejną partię ciasteczek i pieczemy przez 20 minut. 

Ciasteczka idealnie współgrają z gorącą herbatą, mlekiem, kawą - cokolwiek lubicie :)

Schowane w puszcze wytrzymają nawet do 10 dni. Myślę, że warto skusić się na te aromatyczne, pachnące i chrupiące ciasteczka! Myślę już nad zmodyfikowaniem tego przepisu i dodaniem do niego kawałków gorzkiej czekolady - to musi być coś! 

To jak? Myśleliście już, gdzie kupić dynię? :)

wtorek, 4 września 2018

Cześć!

Dzisiaj mam dla Was przepis na coś pysznego, słodkiego, wilgotnego i rozpływającego się w ustach. Coś, od czego nie będzie sposobu, żeby się oderwać. Mam nadzieję, że ten sernik zasmakuje Wam tak samo, jak mi!


Do przygotowania tego pysznego sernika w wersji bounty będziesz potrzebować:

  • 1 puszka mleka kokosowego (400 ml)
  • 200 g wiórków kokosowych
  • 1 kg twarogu (nie dosładzanego)
  • 5 jajek
  • 5 łyżek ksylitolu
  • 1 gorzka czekolada (min. 70%)
  • około 8 kropli aromatu waniliowego
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej 

Na początku rozgrzewamy piekarnik do 190° C. Na wadze kuchennej odmierzamy 100 g wiórków kokosowych i mielimy je na mąkę. Można także z powodzeniem użyć mąki kokosowej (też 100 g).


Wszystkie składniki czyli: twaróg, mleko kokosowe, wiórki kokosowe (zmielone i niezmielone), jaja, mąkę ziemniaczaną, ksylitol, aromat, umieszczamy w szklanej, naprawdę sporej misce.

Całość dokładnie mieszamy do połączenia się składników. Masa powinna być dobrze wymieszana. Ksylitol musi rozłożyć się równomiernie, twaróg rozbić, mleko kokosowe rozpuścić. 


Tortownicę wykładam papierem do pieczenia. Jeśli Wasza tortownica jest szczelna z powodzeniem możecie masę wlać do niej bezpośrednio. Tortownicę wcześniej wysmaruj olejem kokosowym. Masę przelewamy do tortownicy. Całość przykrywamy folią aluminiową i pieczemy 25 minut w 190° C. Następnie zmniejszamy temperaturę do 120° C i pieczemy przez kolejne 2 godziny. Na ostatnie 10-15 minut aluminiową folię możesz ściągnąć, sernik się wtedy pięknie zarumieni. 


Ja po upieczeniu sernik zostawiałam na noc w lekko uchylonym piekarniku, aby całkowicie wystygł.


Sernik oczywiście mi opadł i nie wyglądał już tak zachwycająco, jak w piekarniku, ale smak wynagradza wszystko! W kąpieli wodnej rozpuszczam gorzką czekoladę, pokrywam nią sernik. Gdy czekolada lekko przestygnie całość wsadzam do lodówki na jakąś godzinę tak, by czekolada zastygła.


Sernik jest wilgotny (nie trzeba go popijać :)), bezglutenowy, w wersji fit - tutaj naprawdę nie trzeba przejmować się kaloriami, rozkoszujcie się jego smakiem! Myślę, że jeszcze niejednokrotnie podejmę się wykonania tego sernika, kto wie, może zmodyfikuję przepis? Zachęcam Was do próbowania upieczenia takiego cuda w swoim domu, sernik jest wart czekania tych kilku godzin :)

środa, 29 sierpnia 2018

Cześć!

Dzisiaj coś dla wszystkich tych, którym brakuje energii i mają podejrzenie anemii, coś dla osób, których poziom żelaza czy ferrytyny jest zbyt niski - domowy, naturalny, zakwas buraczany. 

Sposób przygotowania jest banalnie prosty, jedyne, czego będzie Wam najbardziej potrzeba to cierpliwość - uwierzcie mi. 

Dlaczego w ogóle warto zwrócić uwagę na kiszone buraki? Co jest w nich takiego dobrego? 
  1. Kiszone buraki są naturalnym probiotykiem, tak, jak każde kiszonki.
  2. Poprawiają trawienie, regulują poziom cholesterolu, obniżają ciśnienie krwi.
  3. Jest to naturalny energetyk - poprawia samopoczucie i nie zawiera w sobie żadnej chemii. 
  4. Dzięki zakwasowi buraczanemu zwiększa się przyswajanie żelaza i poprzez witaminę C zostaje wzmocniony układ krwionośny.
  5. Kwas mlekowy obecny w zakwasie wspomaga pracę systemu immunologicznego.
  6. Odpowiedzialny jest za odkwaszanie organizmu, poprawia stan flory bakteryjnej jelit - przez to zwiększone zostaje wchłanianie substancji odżywczych. 
I jak? Przekonałam Cię do nastawienia swojego pierwszego zakwasu buraczanego?


Do przygotowania zakwasu potrzebujecie: 
  • 1 lub 2 kg buraków
  • 1 lub 2 litry wody 
  • 1 lub 2 liście laurowe
  • 1 mała cebula
  • pół główki czosnku
  • 1 łyżka soli morskiej
  • 1 gałązka rozmarynu
  • kilka łyżek soku z ogórków kiszonych lub kapusty kiszonej

Buraki myjemy, obieramy, kroimy w cienkie, około 2 cm plastry. Buraki układamy w wyparzonej kamionce lub dużym słoju. Cebulę kroimy podobnie jak buraki, w plastry. Dodajemy do kamionki. Między tak przygotowanymi burakami układamy liście laurowe oraz przekrojone na pół ząbki czosnku. Dodajemy gałązkę rozmarynu oraz wodę z ogórków lub kapusty kiszonej.


Do przegotowanej wody dodajemy sól morską i dokładnie mieszamy. Chłodną wodę dodajemy do kamionki. I teraz bardzo ważna zasada: wszystkie buraki, wszystkie dodatki muszą znaleźć się pod wodą, nic a nic nie może wystawać, ponieważ po prostu spleśnieje. 

Ja dodatkowo wszystko dociążam talerzykiem. Całość przykrywam ściereczką lub pokrywką - należy pamiętać, by kamionka nie była bardzo szczelnie przykryta - powietrze jest potrzebne do rozpoczęcia procesu kiszenia. 

Kamionkę odstawiamy w ciepłe miejsce na około 5-7 dni, w zależności od tego, jak przebiega proces kiszenia. Zbierająca się na górze zakwasu piana nie jest szkodliwa i nie oznacza to, że zakwas się popsuł - to naturalny proces. Jeśli pojawia się dużo białej piany należy ją zebrać wyparzoną łyżką i zostawić buraki do dalszego kiszenia. 


Po zakończonym procesie kiszenia całość odcedzam. Ukiszone buraki układam ciasno w słoiku i zalewam zakwasem - przydadzą się one jako dodatek do obiadu, sałatki, przystawki a nawet jako przekąska. 

Powstały zakwas rozlewam do słoików. Można go przechowywać w lodówce nawet przez kilka tygodni. Piję go przez 30 dni po około 100 ml dziennie. 

Kiszenie buraków pozwoliło nam uzyskać zdrowy, bogaty w witaminy energetyk, który jest niezbędny zwłaszcza przy niskim poziomie żelaza jak i podejrzeniu anemii. Również osoby zdrowe mogą korzystać z jego wspaniałych właściwości. 

niedziela, 26 sierpnia 2018

Takie kotleciki to jeden z moich ulubionych obiadów, niebanalne połączenie kaszy gryczanej z burakami oraz mięsa indyczego z jarmużem da Wam efekt, którego się nie spodziewaliście. Lubię takie połączenia i eksperymentowanie w kuchni. 


Kotleciki są zwarte, pełne smaku, aromatyczne i niezwykle sycące. Kasza wręcz rozpływa się w ustach, a słodkość buraka sprawia, że wciąż ma się ochotę na więcej.

Do przygotowania takiego obiadu potrzebujesz: 

  • 500 g mięsa mielonego z indyka
  • pół czerwonej cebuli
  • pół łyżeczki ziół prowansalskich
  • szczypta majeranku
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki oleju kokosowego
  • oliwa z oliwek
  • sól morska
  • 250 g małych pieczarek
  • 2 łyżki posiekanych orzechów włoskich
  • 1 pełna szklanka jarmużu
  • 1 lub 2 szklanki ugotowanej palonej kaszy gryczanej (u mnie była to jedna szklanka suchej kaszy gryczanej, którą później ugotowałam, porcja wystarczyła na dwa obiady)
  • średni upieczony burak
Piekarnik rozgrzewamy do 180° C, buraka obieramy ze skórki, kroimy na mniejsze kawałki, wsadzamy do rozgrzanego piekarnika na około 20 minut. Powinien być dość miękki, ale nie rozlatujący się w rękach. Gdy burak trochę przestygnie zetrzyj go na tarce o małych oczkach. 

Do miski wsadź mielone mięso, pokrojoną w drobną kostkę cebulkę, posiekany czosnek, drobno posiekane orzechy włoskie. Liście jarmużu umyj, przelej wrzątkiem i posiekaj na bardzo drobne kawałki - jarmuż dodaj do miski z mięsem i innymi dodatkami. Dodaj przyprawy: sól do smaku oraz zioła prowansalskie. 


Połącz składniki i formuj kotleciki - nie rób ich za grubych, bo wtedy będą musiały robić się o wiele dłużej. 


Kotleciki możesz usmażyć na patelni na małej ilości tłuszczu lub upiec w piekarniku. Obie wersje są jak najbardziej dobre. Wiadomo, że wersja pieczona w piekarniku będzie jeszcze zdrowsza, ale czasami przecież można pozwolić sobie na smażone mięso :)


W międzyczasie gotujemy kaszę gryczaną paloną. Ja gotuję ją na sypko, z odrobiną tłuszczu i soli. W sieci jest naprawdę wiele przepisów na idealną kaszę gryczaną, skorzystajcie z jakiegoś! Wiem, że wiele osób nie lubi zapachu i smaku kaszy gryczanej palonej, dlatego z powodzeniem możecie tutaj użyć tej w wersji niepalonej. Kasza gryczana ma w sobie wiele dobrego - naturalny błonnik, potas, białko, witaminy z grupy B, fosfor, magnez, cynk... Mam wymieniać dalej? :)


Ugotowaną kaszę łączymy z burakami, dodajemy sól, majeranek, wyciśnięty przez praskę czosnek oraz dwie łyżki oliwy z oliwek. 


Przyszedł czas na pieczarki: umyj i osusz, rozgrzej patelnię i dodaj do niej olej kokosowy. Wrzuć pieczarki, dopraw solą. Smaż, co chwilę mieszając, gdy będą zarumienione - ściągnij z patelni.



Przygotowanie takiego obiadu zajmuje naprawdę chwilę, nie jest pracochłonne a składniki są wszędzie łatwo dostępne. Mam nadzieję, że taka wersja obiadu z mięsem się Wam spodoba i spróbujecie nowych smaków. 

czwartek, 23 sierpnia 2018

Powoli wchodzimy w jesienną aurę - zebrało mi się na zupy krem i smaki, które przypominają mi o jesieni, zupy które rozgrzewają i pozwalają cieszyć się różnorodnymi smakami. Mam nadzieję, że ta propozycja jak najbardziej przypadnie Wam do gustu! 

Jaki był u mnie cel ugotowania takiej zupy? 

  • spróbowanie nowego smaku - nigdy nie gustowałam w zupach krem,
  • wyzwanie kulinarne - zupy bez dodatku mięsa też mogą być smaczne,
  • zadbanie o własne zdrowie - połączenie składników świetnie działa na płuca i śledzionę - wzmacnia je, taka zupa to dobra propozycja dla osób, którym często towarzyszą infekcje i kaszel.

Czego będziesz potrzebować?
  • 1 dużej cebuli
  • 1 małej dyni 
  • 2-4 ząbki czosnku
  • 3-4 cm utartego korzenia imbiru (ja ścieram na normalnej tarce, ale na najmniejszych oczkach)
  • 1 łyżeczki oregano
  • pół łyżeczki kurkumy
  • szczyptę gałki muszkatołowej 
  • pół łyżeczki suszonego rozmarynu
  • soli morskiej do smaku
  • oleju kokosowego do smażenia
  • jarmuż (na dwie porcje wystarczy spora garść)
  • 1 łyżeczkę oliwy z oliwek
  • soku z cytryny (do skropienia)
  • ulubiona kasza bądź ryż
Jeżeli mamy już wszystkie składniki możemy zacząć przygotowywać zupę krem. Zaczynamy od czynności najprostszej - przygotowanie jarmużu. Jarmuż myjemy pod bieżącą wodą, wrzucamy na sitko, przelewamy wrzątkiem, osuszamy. Następnie całość doprawiamy solą (dosłownie kilka szczypt), oliwą z oliwek oraz sokiem z cytryny. Odstawiamy. 

W międzyczasie rozgrzewamy piekarnik do 180° C (grzanie góra-dół, bez termoobiegu). Dynię myjemy, obieramy ze skórki (jeśli to dynia hokkaido - nie ma takiej potrzeby), usuwamy gniazda nasienne. Ja nie obierałam dyni ze skórki, była dla mnie zbyt twarda i zbyt wiele czasu straciłabym na to, żeby się jej pozbyć. Dynię obrałam ze skórki po upieczeniu :) Dynię kroimy na mniejsze części, doprawiamy solą i oliwą. Blachę wykładamy papierem do pieczenia, układamy dynię, pieczemy około 15 minut, aż dynia będzie miękka.


W drugim etapie cebulę kroimy w piórka, przygotowujemy sobie przyprawy. W garnku rozgrzewamy olej kokosowy, wrzucamy cebulę oraz przyprawy: czosnek, imbir, rozmaryn, oregano, kurkumę, gałkę muszkatołową. Smażymy na wolnym ogniu około 2-3 minut. 


Do garnka z cebulą oraz przyprawami dorzucamy upieczoną dynię i zalewamy wszystko wrzątkiem w ten sposób, aby kawałki dyni lekko wystawały. Całość doprawiamy solą i gotujemy przez około 15 minut. W międzyczasie wstawiamy do gotowania ulubioną kaszę, lub ryż. U mnie było to około pól szklanki kaszy (porcja na dwie osoby). 


Po tych 15 minutach zmniejszamy ogień i gotujemy jeszcze około 5 minut. Po upłynięciu całego wymaganego czasu wszystko blendujemy na gładką masę. W razie potrzeby można doprawić solą lub pieprzem. 

Całość wykładamy do misek. Najpierw wlewamy zupę krem, następnie na kremie układamy ugotowaną kaszę oraz jarmuż. Całość prezentuje się naprawdę smacznie i ciężko nie zakochać się w tym zapachu!


Na koniec mała garstka informacji. Dlaczego warto jeść dynię?
  • idealna na okres przeziębień - dynia jest bogata w cynk oraz witaminę C, zawarty w niej beta-karoten odpowiedzialny jest za łagodzenie stanów zapalnych,
  • ma działanie antynowotworowe - beta-karoten to silny przeciwutleniacz,
  • dba o naszą skórę - bogata w witaminy C, E i A, które okazują się skuteczne w walce ze zmarszczkami.
To jak? Jesteście już przekonani do wykonania takiej zupy-krem z dyni? Gwarantuję Wam, że jeszcze niejednokrotnie wykonacie ją w swoim domu! Co lepsze, zupa może być serwowana nie tylko jako danie główne, ale także jako śniadanie czy kolacja - ciepłe posiłki są ważne! 

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Czy z powodzeniem można zrobić biszkopt w wersji light? Oczywiście! Ostatnio udało mi się trafić na banalny przepis. Nie dość, że szybko się ten biszkopt przygotowuje to jeszcze wyszedł tak niesamowicie miękki, lekki i słodki, z miodowym posmakiem - niebo w gębie. 


Do biszkoptu można dodać dowolne owoce - ale rozkładając ich ciężar tak, by nie poprzygniatać całego biszkoptu (będzie mu ciężko urosnąć). Ja użyłam śliwki, bo akurat takie owoce miałam u siebie, a i dawno nie jadłam takiego deseru. 

Biszkopt bez mleka, bez mąki, bez cukru - można? Można! :)

Do przyrządzenia tego biszkoptu potrzebujesz:


  • 45 g mąki ziemniaczanej (skrobi ziemniaczanej)
  • 80 g mąki ryżowej
  • 4 jaja
  • 115 g miodu (najlepiej płynnego)
  • szczypta sody
  • szczypta soli
  • pół łyżeczki proszku do pieczenia

Często pisze się o tym, że jaja przy robieniu wypieków powinny być w temperaturze pokojowej (dla świętego spokoju, aby ciasto na pewno się udało), ale w tym przypadku użyłam jajek prosto z lodówki i zupełnie nie miało to wpływu na rośnięcie ciasta oraz jego konsystencję, także z powodzeniem możecie użyć zimnych jaj.


Białka oddzielamy od żółtek bardzo dokładnie. Żółtka ucieramy z miodem aż do połączenia się masy na tzw. kogel mogel. Gwarantuję Wam, że zakochacie się w tym zapachu!


Do naczynia wlewamy białka, dodajemy szczyptę soli oraz szczyptę sody. Całość ubijamy do momentu aż powstanie piękna, biała, sztywna piana. Jak sprawdzam czy białka są ubite? Odwracam naczynie do góry nogami - nic nie ma prawa z niego wypaść oraz wylać się. W międzyczasie rozgrzewamy piekarnik do 180° C, grzanie góra-dół bez termoobiegu.




Masę z żółtek oraz białka delikatnie ze sobą łączymy. Mąki przesiewamy przez sito i dodajemy do masy. Dodajemy pół łyżeczki proszku do pieczenia. Całość delikatnie mieszamy do połączenia masy. W międzyczasie myjemy i kroimy owoce na mniejsze części. Zalecam krojenie bardziej w plastry, niż w kostkę. 


Formę (u mnie tortownica) wykładamy papierem do pieczenia, wlewamy masę oraz układamy owoce.


Całość wsadzamy do rozgrzanego piekarnika na około 20-25 minut. I oczywiście, jak w każdym przypadku, gotowość ciasta sprawdzamy patyczkiem (np. wykałaczką). Patyczek suchy - biszkopt gotowy.

Teraz jedna z ważniejszych czynności, która sprawi, że Wasz biszkopt nie opadnie i będzie pięknie puszysty. Po wyjęciu z piekarnika biszkoptu (w foremce oczywiście) trzeba upuścić foremkę na podłogę, z wysokości około 30-40 cm. Tak, to nie jest żart - ja sama nie dowierzałam, kiedy o tym przeczytałam, ale zrobiłam to i jak widzicie, mój biszkopt jest puszysty.


Podczas pieczenia w domu unosił się zapach miodu i śliwek. Coś wspaniałego. Już w jesień zacznę przygotowania do biszkoptu nieco bardziej świątecznego - może pojawi się tam cynamon, może przypawa do piernika (ale nie jestem pewna czy za bardzo go nie obciąży). 


Muszę szczerze przyznać, że nie miałam zbyt wielkich oczekiwań odnośnie tego ciasta. Po prostu miałam nadzieję, że się uda (jak za każdym razem), ale nie wyczekiwałam na niego przy szybce piekarnika. Udało się i przerosło moje oczekiwania, mogę więc powiedzieć, że jestem bardziej, niż zadowolona. Aż ciężko uwierzyć, że coś takiego można wyczarować w zaciszu domowej kuchni.