piątek, 22 stycznia 2021

 Cześć!

Wraz z Nowym Rokiem wiele osób decyduje się na wprowadzenie do swojego życia kilku istotnych zmian i to jest jak najbardziej na plus! :) Nie jestem zwolenniczką postanowień noworocznych, nazywam je raczej nowymi nawykami.

W sztywno ułożonych postanowieniach noworocznych nie lubię tego, że każda jedna porażka oznacza, że polegliśmy i nie możemy zacząć od nowa. W nawykach chodzi o to, że wypracowujemy je z czasem - krok po kroku, po drodze niejednokrotnie potykając się i podnosząc z ziemi. Wyciągając wnioski, ucząc się nowych rzeczy i swoich reakcji na nie.

Podobnie jest z podejściem do zdrowego odżywiania. Nie jestem zwolenniczką zasady 100% albo nic, mody na "czystą michę", która po czasie prowadzi do kompulsywnego objadania się i wyrzutów sumienia. Zmiany w diecie można wprowadzać stopniowo, ucząc się swojego organizmu, dostosowując do jego potrzeb. Mam nadzieję, że dzisiejszy wpis i kilka wskazówek sprawią, że komponowanie fajnych, odżywczych i kolorowych koktajli nie będzie problemem.


Z czego zrobić koktajl?

Oto lista produktów, które zawsze się u mnie znajdą. Z tym pyszności zawsze można wyczarować coś odżywczego:
  • zamrożona natka pietruszki i jarmuż - idealne do przechowywania, świetnie się blenduje, nie traci wartości odżywczych,
  • banany, pomarańcze, kiwi, gruszki, jabłka - must have, podstawa koktajli, równowaga między smakiem słodkim i kwaśnym,
  • czasami zdarzają się: ananas, grapefruit, winogrona, liczi, miechunka,
  • siemię lniane, sezam, wiórki kokosowe, masło orzechowe, gorzka czekolada, ekspandowane nasiona, cynamon, orzechy.


Czy koktajle owocowe są zdrowe?

Wszystko zależy od tego, co w nich umieścisz. O ile podstawą nie będzie sok z cukrem lub syropem glukozowo-fruktozowym, mleczko skondensowane, a góry nie posypiesz łyżką cukru - to tak, koktajle owocowe są zdrowe. A w połączeniu z warzywami (w tym z różnego rodzaju naciami) to bomba witaminowa. I o ile nie macie dolegliwości żołądkowych po spożyciu danego produktu i owoce (np. grapefruity) nie reagują z lekami jakie przyjmujecie - to samo zdrowie.



Czy koktajle można pić wieczorem?

O ile wieczorne spożywanie surowych owoców czy warzyw nie sprawia, że czujecie dyskomfort żołądkowo-jelitowy - jak najbardziej można. Owoce czy warzywa po godzinie 18:00 nie zmieniają magicznie swojej kaloryczności. Ten jeden banan spożyty rano lub wieczorem ma tyle samo kalorii. Koktajle są dobrym sposobem na przemycenie do jadłospisu większej ilości warzyw czy owoców.

Oczywiście najlepszym wyjściem jest jedzenie owoców w całości tj. przeżuwanie ich, rozróżnianie struktury, poczucie jej na języku. Ale jeśli jesteś na początku swojej drogi do wprowadzenia owoców czy warzyw naciowych - koktajle będą super wyborem.


Koktajle - jak zrobić?

Przed sobą układam naczynie blendera - dość wysokie, w takim najwygodniej przygotowuje mi się koktajl. Dodaję do naczynia podstawę koktajlu - np. banan, kilka cząstek ananasa, pół gruszki. Do tego dorzucam garść naci pietruszki, siemię lniane. 
Blenduję na gładką masę. Jeśli masa jest za gęsta i raczej przypomina konsystencją śmietanę - koktajl rozrzedzam sokiem bezpośrednio wyciskanym lub wodą. Ponownie blenduję.
Całość przelewam do wybranych kieliszków. Dekoruję wiórkami kokosowymi, startą na tarce gorzką czekoladą, dodaję ekspandowane ziarna i czasami kawałki owoców lub orzechów.

Spróbujcie przygotować taki koktajl w domu - zapewniam, że nowe doznania smakowe na pewno będą wyzwaniem. Poznanie faktury, smaku i zachowań niektórych owoców po zblendowaniu to dobry eksperyment na ten rok. Przeplatanie jadłospisu takimi koktajlami to dobre urozmaicenie.

wtorek, 29 grudnia 2020

 Cześć!

Witam Was po sporej przerwie w postach na blogu. Wszystko ma swój czas, więc oto jestem ponownie :)

Mam nadzieję, że Wasze święta były udane pod kątem wypieków, spędzenia wolnego czasu. Mam nadzieję, że wszystkie prezenty były trafione i jesteście zadowoleni.

 

W mojej kuchni nie było dużego szaleństwa w tym roku, ponieważ spotykaliśmy się z małym gronie. Na te święta przygotowałam drożdżówki z makiem. Udało mi się nawet samodzielnie przygotować masę makową - jest to o wiele, wiele prostsze, niż wcześniej myślałam. Od tej pory zawsze będę przygotowywać ją w domu - nie jest to zajęcie czasochołonne, ale daje dziką satysfakcję z możliwości dopasowania jej do siebie. U mnie np. nie pojawiają się rodzynki, a jedynie suszona żurawina.



Tradycyjnie nie mogło zabraknąć pierniczków/kruchych ciasteczek. W tym roku pierniczki upiekłam tylko raz, za to dwie blachy ciasteczek imbirowych. Chciałam spróbować czegoś innego i oto są. Kruche, lekko korzenne, ale nadal z mocno wyczuwalnym imbirem. Jeśli ktoś gustuje w takich smakach to będzie dla niego idealne rozwiązanie na kruchą przekąskę.


A tutaj mały backstage z przygotowywania ciasteczek. W te święta postawiłam na spokój ducha i nie stresowanie się przygotowaniami. Myślę, że wyszło mi to całkiem nieźle, mimo, że drożdżówki z makiem wykonywałam po raz pierwszy - niebo w gębie.

W Wy? Co ciekawego piekliście na te święta? Może pojawiło się u Was coś nowego? Zostaliście przy tradycyjnych przepisach czy może eksperymentowaliście?

poniedziałek, 8 czerwca 2020

Cześć!

Jako, że czas w domu spędzam w dość produktywny sposób, mam coś dla wszystkich fanów i smakoszy kawy. Porównanie dwóch młynków - ręcznego i elektrycznego.


Jak oba młynki sprawdzają się w mojej kuchni? Który z nich wybieram częściej i dlaczego? Dzisiaj odpowiem na te pytania w tym wpisie!



Na pierwszy ogień idzie tradycja, czyli ręczny młynek marki Zest for Life. O samej marce wcześniej gdzieś już słyszałam, ale jest to pierwszy ich produkt w moich rękach. Młynek jest baaardzo solidnie wykonany. Po kilku miesiącach intensywnego użytkowania mogę powiedzieć jedno - jest wart swojej ceny!

Ziarna kawy mielone w młynku ręcznym są mielone znacznie wolniej, niż te w młynku elektrycznym, a co za tym idzie ziarna nie są podgrzewane, to także ma wpływ na smak kawy! Jeśli jesteś fanem idei slow life taki gadżet na pewno przypadnie Ci do gustu.

Młynek został wyposażony w żeliwne żarna - to głównie z tego powodu cena młynka nie jest najniższa. Ale jeśli mowa o jakości to właśnie takie żarna najlepiej wybrać, będą nam bezawaryjnie służyły przez dłuuugi czas.

Oczywiście w przypadku młynka ręcznego możemy z powodzeniem regulować poziom zmielenia (jeśli wolisz kawę o grubszym lub mocniejszym zmieleniu, to wszystko zapewni Ci ten młynek).


Podczas mielenia kawa spada na dół do szufladki, skąd już dostaje się do naszych nozdrzy fantastyczny aromat i ochota na kawę rośnie :) Młynek jest bardzo praktyczny, mielenie zajmuje chwilkę, ale skoro najlepiej jest mielić przed samym zaparzeniem, to przecież nie problem pokręcić kilka razy :)

Dla 2-3 osób w domostwie i gdy nie masz zbyt często gości (choć goście zazwyczaj piją kawę rozpuszczalną :P) takie rozwiązanie będzie idealne. Do tego młynek fantastycznie prezentuje się na blacie w kuchni i sam z siebie może być w niej ozdobą.



Drugi zawodnik to młynek elektryczny marki Krups. Jego nowoczesny wygląd sprawia, że pasuje do niemal każdej kuchni i jadalni. U nas ma swoje honorowe miejsce zaraz obok kawiarki (o której pewnie za jakiś czas Wam też opowiem). W tym przypadku też postawiliśmy na żarnowe mielenie kawy i nie żałujemy. Przyznam szczerze, że bardzo szybko mieli kawę i z tego właśnie jesteśmy zadowoleni.

Jest niezawodny, gdy w domu witają nas niezapowiedziani goście - zmielenie dużej ilości ziaren nie jest teraz żadną trudnością i już w kilka chwil wszyscy mogą cieszyć się wspaniałą, aromatyczną kawą.

Ziarna wsypuje górą, a na dole wyjmuje już zmielona kawę w poręcznym pojemniczku, w którym zmieści się aż 200 g! Młynek ma także możliwość regulacji grubości zmielonej kawy i ilość, jaką ma zmielić (od 2 do 12 filiżanek kawy, co jest naprawdę imponujące).


Dla większych rodzin, które nadal chcą cieszyć się smakiem prawdziwej kawy i dla osób, które po prostu goszczą u siebie często znajomych lub rodzinę i są ponadprzeciętnymi kawoszami taki rodzaj młynku będzie super rozwiązaniem.



Mam w domu dwa młynki i obu używam w zależności od tego jaka jest okoliczność. Częściej używamy młynka elektrycznego, bo jednak najczęściej zależy nam na czasie. Lubie nie czekać na zaparzenie kawy, ale od czego są leniwe weekendy? :) W weekendy to i mielę kawę i zaparzam ją w kawiarce. 


A Wy? Jaki młynek macie w domu? Korzystacie w ogóle z takich rozwiązań? A może kupujecie kawę sypaną już zmieloną? A może w ogóle nie pijacie kawy?

Jestem bardzo ciekawa Waszych odpowiedzi!

czwartek, 28 maja 2020

Cześć!

Mam dla Was jeden z najprostszych i najszybszych przepisów na domowe lody bananowe. Mam nadzieję, że ten smak i kremowa konsystencja przypadną Wam do gustu i będziecie się nimi rozkoszować tak samo, jak ja i moja rodzina :)

Dobierając dodatki do Waszych preferencji stworzycie istne niebo w gębie.



Do przygotowania tych przepysznych domowych lodów potrzebujesz:

  • dwóch mocno dojrzałych bananów (takich, których skórka powoli robi się już czarna),
  • pasty tahini (opcjonalnie, może być także masło orzechowe, pasta ze słonecznika i inne),
  • około 1/2 szklanki napoju roślinnego (lub zwykłego mleka) - ilość często trzeba dostosować do wielkości bananów
  • dodatki: u mnie świeży rabarbar i suszone daktyle (możesz dodać przyprażony słonecznik, pestki dyni, cynamon, wszystko, na co masz ochotę :))
 

Banany obierz i pokrój/połam w części, umieść w pudełku, które nadaje się do zamrażarki. Do bananów dodaj pastę tahini lub inne masło z ulubionych orzechów. Wsadź do zamrażarki na minimum 24h.


Następnego dnia banany z pastą przełóż do naczynia, w którym całość będziesz blendować. Dolej pół szklanki napoju roślinnego. Możesz odczekać jakieś 3-4 minuty, aby nie blendować bananów jak kamieni, ale nie jest to konieczne, jeśli masz dobry blender. Banany powinny dać się blendować na gładką masę. Całość dokładnie zmiksuj na gładką masę.


Lody są gotowe do spożycia od razu po zblendowaniu i dość szybko (szybciej, niż tradycyjne lody z pudełka) się topią, więc należy mieć to na uwadze przy wcześniejszym wykładaniu lodów. Najlepiej po prostu zblendować je od razu przed podaniem.


Tak przygotowane lody udekoruj ulubionymi dodatkami. U mnie pod ręką był akurat świeży rabarbar i suszone daktyle, które dodatkowo można żuć, więc to urozmaica konsystencję. Dodaj prażone ziarna słonecznika, uprażone pestki dyni, cynamon, startą na tarce gorzką czekoladę i ciesz się domowym deserem, który zachwyci całą rodzinę!

Mam nadzieję, że ten szybki przepis na stałe zagości w Waszym domu, zwłaszcza podczas tych cieplejszych dni, które przecież wciąż przed nami! :)

Robicie domowe lody, czy raczej nie lubicie takich eksperymentów? A może macie ulubione przepisy? Z chęcią się im przyjrzę :)

poniedziałek, 11 maja 2020

Cześć!
U Was też niemal codziennie pachnie drożdżami? U mnie ten zapach unosi się w powietrzu tak długo, że niemal zdążyłam się do niego przyzwyczaić. W czasach pandemii najważniejsze jest to, aby mimo wszystko dobrze traktować nie tylko swoją głowę, ale i ciało. Przez żołądek do serca mówią... :)



Dzisiejszy wpis jest pozbawiony jakiegokolwiek przepisu, bo przyznam szczerze, że obecnie na eksperymenty sama nie mam weny, ale posiłkuję się tym, co ktoś już wymyślił i zgrabnie przedstawił u siebie :) Wyrabiam, patrzę jak rośnie, zagniatam. Na zdjęciach wyżej buchty - połączone bokami bułeczki drożdżowe. Niebiańsko maślane, puszyste, mięciutkie. Idealne na ciepło z masłem lub dżemem.



A tutaj mamy zawijańce drożdżowe z dżemem truskawkowym domowej roboty. Wspaniałe zarówno w dniu upieczenia, jak i następnego dnia. Dla mnie jedna z lepszych przekąsek, którą udało mi się upiec na tej kwarantannie (buchty i tak wygrywają). Dość łatwe w przygotowaniu, dodatkowo można wykorzystać różne wariacje z nadzieniem: ser twarogowy na słodko, domowa nutella, masło orzechowe, pasta z makiem, możliwości jest naprawdę dużo.



Z racji tego, że w mojej zamrażarce mam ponad 1,5 kg drożdży - w mojej kuchni przyszedł także czas na drożdżowe rogaliki z dżemem z czarnej porzeczki. Dość słodkie ciasto fajnie równoważone było dzięki kwaśnemu dżemowi. Dla mnie niebo w gębie. Bardzo lubię takie połączenia. Rogaliki zniknęły jeszcze w ten sam dzień, więc wiem, że przepis mogę dodać do ulubionych :)

I tak, świeże drożdże z powodzeniem można mrozić (do pół roku), więc jeśli macie jakąkolwiek nadwyżkę, warto je zamrozić. Przyznam szczerze, że wydaje mi się, że ciasto lepiej pracuje na drożdżach mrożonych, niż na tych typowo świeżych, ale może to tylko moje odczucie :)

Zabierajcie się za wypieki, podejmijcie się czegoś, czego jeszcze nie mieliście okazji próbować. To idealny czas na domowe wypieki, żadna z obecnych chwil już więcej się nie powtórzy.